Pierwsza Święta Klaryska Kapucynka
Pierwsza Święta Klaryska Kapucynka
2019-07-09 00:00

Święta Weronika Giuliani

Urszula urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello, w zamożnej rodzinie Mancini. Kiedy miała zaledwie 5 lat, umarła jej matka. Sakrament bierzmowania otrzymała w siódmym roku życia. Trzy lata później została dopuszczona do Pierwszej Komunii świętej (1670).

Pragnąc oddać się Panu Jezusowi całkowicie na służbę jako żertwa ofiarna za grzechy ludzkie, wbrew woli ojca wstąpiła do kapucynek w Citta di Castello (1677). Przyjęła wówczas imię Weronika. W rok potem połączyła się z zakonem ślubami. W klasztorze przeszła wszystkie stopnie w hierarchii: od furtianki, kucharki, szatniarki, piekarki, zakrystianki, mistrzyni nowicjuszek aż po urząd ksieni. Mistrzynią była przez 33 lata, ksienią - przez 11 lat. W kontakcie z siostrami była życzliwa, wobec siebie - wymagająca i surowa.

W 1694 roku Weronika przeżyła mistyczne zaręczyny i zaślubiny z Chrystusem. Dnia 5 kwietnia 1697 roku, w Wielki Piątek, otrzymała dar stygmatów. Na jej prośbę po trzech latach stygmaty zanikły, ale cierpienie ran Chrystusa pozostało. W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do męki Pańskiej miała otrzymać w swoim sercu wyryte znaki tej męki.

Po długiej i bardzo bolesnej chorobie Weronika zmarła 9 lipca 1727 r. w 67. roku życia. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius VII w 1802 roku, a do chwały świętych papież Grzegorz XVI w 1839 roku. Z polecenia późniejszych spowiedników Weronika zostawiła cenny dziennik swojego życia, w którym opisuje swoje mistyczne przeżycia; zachowały się także jej listy i poezje.

 

  FRAGMENTY Z DZIENNIKA ŚW. WERONIKI GIULIANI - czytaj dalej

"Dziennik życia wewnętrznego", Św. Weronika Giuliani, 2019 Wydawnictwo M Kraków


Fragmenty z DZIENNIKA Św. Weroniki Giuliani

"Dziennik życia wewnętrznego", Św. Weronika Giuliani, 2019 Wydawnictwo M Kraków

 

Mając pięć, czy sześć lat "niekiedy szłam do tego pokoju, w którym była Błogosławiona Dziewica z Jezusem na ramionach, (...) obraz (...). I tak mówiłam do Dzieciątka: "Chodź ze mną, mój Jezu, będziemy się razem modlić; nie chcę, żebym tam przyszli inni – chcę tylko Ciebie. Maryjo, daj mi twego Twojego Syneczka do towarzystwa”. I nagle zdawało mi się, że obraz ten zupełnie się zmienił i nabrał piękna: widziałam Go już nie na wizerunku, lecz prawdziwego i rzeczywistego. A potem w mgnieniu oka stawał się taki, jaki był wcześniej. I nawet, gdy odeszłam stamtąd, tak intensywnie o nim myślałam, że kiedy tylko pojawiła się chwila, że nikt mnie nie mógł widzieć, wracałam do mojej Madonny. Wszystko dobre i piękne, co mogłam mieć, zanosiłam Dzieciątku Jezusowi i wydaj mi się, że kiedyś poprosiłam Go, żeby jadł razem ze mną. Jeden raz, wydaje mi się, że nawet spożył kąsek czegoś.


O tym, co przeżywałam przez wiele dni przed tym wydarzeniem /Pierwsza Komunia św./, nie potrafię nic powiedzieć. Przypominam sobie tylko, że poprzedzającemu nocy nie mogłam odpocząć. Nie spałam i myślałam o tym, że Pan miał przyjść do mnie. Ta jedna myśl pobudzała mnie do czuwania i zastanawiałam się, o co mogłabym Go poprosić, gdy przyjdzie, i co bym mogła Mu ofiarować. Powzięłam postanowienie, że oddam Mu się cała i będę prosić o Jego świętą miłość, ażeby Go kochać i zawsze pełnić Jego Boską wolę.


Gdy miałam 14 lat, rozpoczęłam modlitwę myślną, i mój spowiednik, kierując się miłością, uczuł mnie jej. Odczuwałam na niej wiele pociech; nie powiem, że otrzymywałam również jakieś światła, bo na początku jedyną moją pociechą było przypodobanie się Panu. To było moim szczęściem. Niewiele czasu poświęcałam na tę modlitwę, najwyżej pół godziny.


W wieku czternastu lub piętnastu lat ciągle myślałam o tym, że zostanę zakonnicą, toteż coraz częściej pozostawałam sama i w ten sposób zaspokajałam swe pragnienie bycia z Panem. Całym sercem prosiłam Go, żeby zechciał mnie wziąć za swoja oblubienicę. (…) mówiłam: „Mój Jezu, Jezu, kiedy wreszcie cała będę Twoją? Uczyń ze mną, co chcesz, ja chcę tylko Ciebie. Moja decyzja ustaliła się na dobre nie zwlekaj już, Panie. Mam już tego dosyć, dłużej nie mogę”.

 

W dniu, kiedy miałam przywdziać habit, wydawało mi się, że całe piekło rozpętało się przeciwko mnie. Z pomocą Bożą wszystko udało mi się z radością przezwyciężyć. Niczego nie okazywałam na zewnątrz, i wydawało mi się, że Pan jest obok mnie, tak jakby był żywym stworzeniem. I tak mi mówił: „Trzymaj się, jestem gotów ci pomóc, nie wątp w to”. Byłam szczęśliwa słysząc te słowa.

 

Szłam niekiedy do mojej Matki Mistrzyni i mówiłm jej: "Naucz mnie, jak mam miłować Pana". Ona mi odpowiadała, że mam umierać sobie samej, że mam być posłuszna, iść za natchnieniami, i tym podobne rzeczy. Odpowiadało mi to i za każdym razem powiększały sięwe mnie takie pragnienia.

 

Niezależnie od tego, czy byłam wesoła czy smutna, mówiłam: "Mój Boże, jeśli tylko podobam sie Tobie, to mi wystarczy; jestem szczęśliwa nawet wśród cierpień". Tak mówiłam, ale natura dotkliwie odczuwała każdą najmnijeszą przykrość. Mówiłam sobie samej: "Weroniko, myśl o tym, po co wstąpiłaś do zakonu: cierpienie będzie twoja rozkoszą".  I odpowiadałam sobie: "Innego powodu nie znajduję". Wszystko okazywało mi się trudne i przykre. Płakałam, a duch był radosny wśród krzyżów; czasem jednak, żeby się przeciwstawić człowieczeństwu, przez wiele dni nie wiedziałam, co robić. Habit, ściany i wszystko, co widziałam, napełniało mnie smutkiem. Żeby się przezwyciężyć, całowałam ściany i habit i wszysto, co mi nie odpowiadało.

 

Przypominam sobie, że pewnego razu w tym opuszczeniu, oschłośći i ciemnościach znalazłm się w morzu pokus. Nie mogąc z nikąd znaleźć pomocy, doszłam do przekonania, że jeśli będe Go całym sercem szukała i wołała, wtedy Pan do mnie powróci. W tym czasie wszystko, co robiłam lub mówiłam, wyudawało się robione z przyzwyczajenia. Nie było we4 mnie ani odrobiny uczucia; natura wydawała mi się przybita, zmysły rozhukane, a duch przy ziemi. O Boże! Co za męka! Pomocne były słowa: "Bądź błogosławiony, Panie. Jestem szczęśliwa, że pełnie Twoją wolę. "

 

W rzeczy samej, czyste cierpienie jest bramą i światłem, które prowadza nas do samego Boga. Wszystko to staje się jasne, gdy minie cierpienie; dopóki jednak trwa, znikąd nie doznaje się pomocy. Wydaje się, że dusza jest bliska skonania i obrócenia sie w absolutną nicość. A fakt tej naszej nicości jest w nas tak wewnętrzny i głęboko zakozreniony, że dobrze nam ukazuje wielką dobroć i miłosierdzie Boga.